Ocieplenie klimatu, wbrew optymizmowni i antymainstreamowym bajaniom, jest niezaprzeczalnym faktem. Wydaje się też, że w tej chwili już raczej niepodważalny jest istotny wpływ człowieka - przez emisję gazów cieplarnianych - na ten proces. Poziom CO2, "dzięki" naszym jako cywilizacji działaniom, wybił się ze swojego kilkusettysiącletniego, plejstoceńskiego rytmu cyklicznych wahań w kanale 180-300 ppm (zob. np.
ten obrazek u Boboli) i wynosi aktualnie 390. Ścieżka, z której nie ma szybkiego odwrotu - sekwestracja CO2 z atmosfery, w przeciwieństwie do emisji, jest raczej niemożliwa. Aktualny "plan minimum" to lekki wzrost temperatury - o ok. 1 st. Celsiusza, który jednak jest dostateczny, by dość poważnie (ale jeszcze chyba nie katastrofalnie) zaburzyć wiele ekosystemów. Wielu klimatologów twierdzi, że gdzieś między poziomami 450 a 600 ppm CO2 - osiągalnymi dla naszej nieszczęsnej cywilizacji na przestrzeni kilku dekad, jeśli tempo wzrostu emisji zostanie utrzymane - leży granica, przekroczenie której powoduje pewnego rodzaju
runaway warming, na skutek włączenia sprzężenia zwrotnego wzmacniającego ten proces w postaci stopienia się Arktyki (z czym wiąże się zmiana albedo Ziemi, uwolnienie dużych ilości metanu z klatratów i masa innych proociepleniowych procesów) i odtajanie m.in. Syberii, połączone oczywiście z emisją gigantycznych ilości metanu z gnijącej materii organicznej.

Nie pociesza mnie fakt, że będzie cieplej, że być może nasze prawnuki będą w stanie przejść przez Biegun Południowy napotykając tylko okresowe, a nie trwałe zlodowacenie, a w Pcimiu można będzie uprawiać ananasy. Za zmianami klimatu idą bowiem znaczne zmiany w obiegu wody na Ziemi i stabilności klimatu, zmiany jeszcze chyba niezbyt rozumiane, ale na pewno drastyczne dla funkcjonowania ludzkości w wielu miejscach planety.
Nie uśmiecha mi się więc, że te zmiany spowodują, że moja hektarowa działka dość żyznej ziemi pod Warszawą nagle stanie się wyschniętym stepem smaganym regularnie huraganowymi wiatrami i na przemian krótkimi, intensywnymi powodziami i wielomiesięcznymi suszami.
Dlaczego tak się użalam? Dlatego, że tragedia w bardzo spowolnionym tempie, jaką jest antropogeniczna zmiana klimatu, jest typowym, i prawdopodobnie historycznie najważniejszym, najdonioślejszym, przykładem
tragedii wspólnego pastwiska. Zakłady emitujące dwutlenek węgla (głównie elektrownie i przemysł cementowy), metan (wielkie farmy) i zwykli kierowcy samochodów przerzucają - jednostkowo nieduże, ale w swej sumie ogromne - koszty swej działalności już nie tylko na sąsiadów, ale na ogół ludzkości, i to nie w wymiarze bezpośrednim, ale oddalonym w czasie o dekady. Oczywiście argumentuje się to tak samo, jak w sprawie demokracji - że to jest najkorzystniejsze z możliwych rozwiązań, że pewne koszty postępu trzeba ponieść. Jednak podobnie, jak w demokracji, nikt tak naprawdę nie liczy się ze zdaniem mniejszości, ani nikt nie pyta uczestników gry, czy akceptują jej zasady. Milczące założenie, które dużo zmienia...
Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Niestety, nie wiem. Być może jest już za późno, by odwrócić trend i musimy się pogodzić z tym, że zostawiamy w spadku naszym prawnukom zamiast tego, co sami dostaliśmy od Boga (dla przeczulonych: od Natury) - pięknej, żyznej, bujnej, stabilnej przyrody, jeden wielki śmietnik. Do tego śmietnik, którego tworzenie liderzy polityczni uzasadniają
niepodważalnością prawa do stylu życia. Zapewne historia oceni to bardzo surowo. Oczywiście
o ile będzie jakaś historia.
PS. Nie, aktualne zmiany klimatu nie są wynikiem ani
cykliczności aktywności słońca, ani
aktywności wulkanów. Nie dawajcie się nabierać na takie pierdoły emitowane przez lobby wielkiego, monopolistycznego przemysłu.