Przed chwilą odgrzebane podczas nadrabiania zaległości w lekturze ZH (ale są ostatnio płodni!): raport Sprott Asset Management pod uroczym tytułem Is it all just a Ponzi scheme? Zdecydowanie wart przeczytania, polecam. Autorzy stawiają hipotezę, że system obsługi długu USA, a więc i cały system finansowy, coraz bardziej jest piramidą finansową, z iluzorycznymi transferami papierów "wartościowych" między Fedem a UST i ostrą manipulacją statystykami (koronny przykład: inwestorzy indywidualni kupili w 2008 obligacji UST za 15 mld $, a w 3 pierwszych kwartałach 2009 - podobno za prawie 530 mld $! wtf???!!!). Coraz łatwiej więc zrozumieć, skąd biorą się historycznie niskie oprocentowanie obligacji i hipotek w USA. Apropos hipotek: Fannie i Freddie zostały finalnie, całkowicie i niedwuznacznie znacjonalizowane, a UST zapowiada jeszcze silniejsze pompowanie tym kanałem sflaczałego balona nieruchomościowego. Last, but not least apropos długu: w 2010 przed USA potężny problem z brakiem popytu na papiery o stałym oprocentowaniu. Będzie gorąco.
wtorek, 29 grudnia 2009
Bańka kruszcowa?
Wraz ze świąteczną ospałością na rynkach i korektą ceny żółtego (i w mniejszym stopniu szarego) metalu, zaczynają się pojawiać opinie wskazujące na wzrost cen kruszców jako na kolejną bańkę. Wygląda na to, że analitycy, nauczeni fail'em z "wiecznie rosnącymi" cenami nieruchomości, są teraz przeczuleni w drugą stronę i wszędzie węszą manie spekulacyjne.
CommodityOnline pisze o kilku przejawach rosnących obaw o pęknięcie "bańki na złocie": 1) tako rzecze (powstań) Nouriel Roubini (można usiąść), 2) tako rzecze Jon Nadler z KITCO (KITCO!), 3) tako rzecze Xiaolian, wiceprezes PBoC, 4) tak sobie też sami pokalkulowali i im wyszło. Chciałbym się odnieść do tych zarzutów.
Po pierwsze, nieszczęsny Roubini. Człowiek o ogromnym ego, rozpychający się w mediach, internecie, blogosferze, łokciami, cytowany, cytujący, polemizujący, ach! Co nam ma do powiedzenia ten harwardzki tuz keynesowskiej doktryny, dla którego żaden poziom deficytu budżetowego i długu narodowego nie jest zbyt wysoki? Otóż podobno złoto "nie ma żadnej wewnętrznej [intrinsic] wartości", zaś ci, którzy boją się ekonomicznego kataklizmu (chociaż wg pana N. takiego nie będzie, bo nie będzie ani depresji, ani inflacji, co zbliża go do innego tytana intelektu, swojskiego Kononowicza - "nic nie będzie"), powinni raczej "zainwestować" w puszki z jedzeniem, broń i chatę na odludziu.
W kwestii wewnętrznej wartości... hmm... wydawało mi się, że już na pierwszym roku ekonomii uczy się, że wartość wyznaczają potrzeby uczestników rynku i ich skłonność (oraz możliwość) do zakupu danych rzeczy, skontrastowana z ich podażą. Nie rozumiem, co pan N. ma na myśli, odmawiając złotu wartości. Nie przekonuje go ponad 6 tysięcy lat nieprzerwanie pierwszorzędnej pozycji złota wśród aktywów monetarnych? Nie przekonuje go fakt, że niezmiennie, z pokolenia na pokolenie, ze stulecia na stulecie, pożądane jest i gromadzone zarówno przez biednych chłopów, jak i królów i bankierów centralnych? Ba! toczone o nie są wojny, jest ono pilnie strzeżone, buduje się mu potężne skarbce, systemy monitoringu, zatrudnia armie ochroniarzy. I - powtórzę raz jeszcze - nie jest to przelotna moda, chyba że pana N. horyzont czasowy przy rozpatrywaniu gospodarki to miliony lat, a nie tysiące.
Co więcej, jeśli złoto miałoby nie mieć "wewnętrznej" wartości, to pytanie, co ją ma? Może Roubiniemu (czemu mi się jego nazwisko nieodparcie kojarzy z Houdinim?) chodzi o to, podobnie jak Buffettowi, że złoto nie płaci dywidendy? Może to i racja, ale z drugiej strony, powiedzmy sobie szczerze, jaką wewnętrzną wartość mają obligacje płacące dywidendę? Ano wartość nie mniejszą i nie większą, niż ta, jaką ma dający im podstawę pieniądz. A z wartością pieniądza jest jakoś tak dziwnie w naszych czasach, że nikt nie chce go trzymać przez dekady, bo jakoś tak wychodzi, że można stracić parę do 100% (Zimbabwe, Nourielu, kojarzysz? Gideon Gono? Hello! Republika Weimarska? Jugosławia? Reformy Balcerowicza? Ding ding ding!). Zgoda - są aktywa produktywne, dające z reguły znacznie większe zyski, ale są one zawsze związane z drastycznie większym osobistym zaangażowaniem i, dodatkowo, z reguły z drastycznie większym ryzykiem. Akcje, obligacje śmieciowe, TIPSy, derywaty, nieruchomości komercyjne, wszystko fajnie, ale nie jest to zabawa dla przeciętnego Kowalskiego, który na "inwestowanie" poświęca miesięcznie dwie godziny, nie ma doktoratu z ekonomii i żadnych znajomości w Fedzie czy innym NBP.
Nourielu, kiedy piszesz o zabezpieczeniu się przed armagedonem, zaprzestań! Przygotowywanie się do kryzysu przez zakup puszek i broni i przeniesienie się na odludzie to kręcenie sobie pętli na szyję. Puszki - ok, ale można mieć niejaki problem w kryzysie, żeby je wymienić na coś innego, kiedy już po 3 miesiącach znudzi nam się jedzenie mielonki i tuńczyka. Otworzysz, Nourielu, sklep barterowy w swojej chacie na odludziu? Get real. Broń - ok, ale po pierwsze, do tego potrzebne jest wyszkolenie, po drugie, jej użyteczność, gdy nie ma totalnego chaosu społecznego, jest raczej wątpliwa, po trzecie, kiedy już wystąpi chaos, i tak nic nie da, że kupiłeś sobie wcześniej Magnum. Masz zamiar stać na warcie 24 godziny na dobę, z noktowizorem i systemem monitorowania otoczenia domu? Taki z ciebie Rambo? Co, jak Pazura "zabijesz ich wszystkich"? Get real. Przestępcy, jeśli będą czegoś od ciebie chcieli - bo będziesz miał coś wartościowego albo zajdziesz im za skórę - to to dostaną, bez względu na to, jak mocno będziesz osobiście uzbrojony. Kupisz karabin snajperski? Przyjadą czołgiem. Kupisz RPG? Zrzucą ci na głowę granaty. Zbudujesz schron? Wynajmą saperów. Get the pattern? A już największym hitem jest budowanie chaty na uboczu. You could not make it up. Takie rzeczy to tylko w Erze i filmach kowbojskich. Widać, że, Nourielu, masz blade pojęcie o realnym przetrwaniu kryzysów społeczno-ekonomicznych i swoje rady udzielasz z wygodnego, ciepłego, klimatyzowanego domu gdzieś na przedmieściach, gdzie dowożą Ci pizzę i piwo, a ty sobie wesoło rozprawiasz i doradzasz innym, jak by tu można przetrwać armagedon. Tym, którzy jeszcze się nie złapali na twój haczyk (a mam nadzieję, że jest ich wielu), polecam przerzucenie się na bardziej realistyczne i autentyczne źródła takich informacji. Przede wszystkim zapispki FerFal'a z kryzysu argentyńskiego, spisane na jego blogu Surviving in Argentina. Dla niecierpliwych: tak, jednym z kluczowych elementów zabezpieczenia dobrobytu na okres kryzysu, jest posiadanie twardych aktywów monetarnych - złota i srebra, ale trochę twardej waluty też się przydaje - USD i/lub euro. Pytanie co będzie, gdy już na świecie nie będzie poważanych i twardych walut? Oczywiście w tym zakresie zabezpieczenia osobistego pozostanie nam wyłącznie złoto i srebro.
Drugi i trzeci uczestnik narzekania na złoto, Nadler z Kitco i Xiaolian z PBoC, trochę mi śmierdzą. Szczerze mówiąc, potrafię sobie wyobrazić taki scenariusz, że chcą oni zdołować kruszce, które rzeczywiście jakby troszeczkę za mocno ostatnio uciekały, po to, żeby ich jeszcze więcej nakupić. Niemożliwe? Kitco żyje z handlu i analiz odnośnie rynku złota - więc dla nich istotny jest obrót; może zaczął spadać, a po solidnej korekcie przewidują duży wzrost zakupów i pole do idealnego spinu?. Zaś PBoC - no cóż, powiedzmy sobie szczerze, ma taką ilość kapitału, że rynek złota dla nich to mały pikuś. Może po prostu w PBoC chcą się dalej sukcesywnie się okupywać w kruszec, nie wzbudzając reakcji obronnej rynku w postaci wykładniczo rosnącej ceny? Brzmi całkiem sensownie, biorąc pod uwagę, że chyba jednak na poważnie myślą o chociaż częściowej wyprzedaży papierów wystawionych przez Bena Szaloma i Turbo Timmyego i przeorientowaniu się na aktywa trochę stabilniejsze, których nie przybywa w tempie 50% rocznie i nie sprawiają wrażenia piramidy Ponzi'ego.
Ostatnia sprawa to to, co sobie pokalkulowali na własny rachunek w CommodityOnline. Śmieją się z tych, co wieszczą 2 albo 15 tys $ za uncję. No cóż, przed burzą zawsze jest spokój. Jestem pewien, że na początku XXI wieku też wielu w Zimbabwe by się śmiało na wizję kupowania chleba za stos tryliondolarowych banknotów. Oczywiście sam jestem daleki od tak alarmistycznych prognoz - a przynajmniej daleki od tego, żeby wieszczyć taki obrót spraw w ciągu kilku najbliższych lat, ale prawda jest taka, że po kryzysie nie jest posprzątane. Zadłużenie narasta na całym świecie. W USA jest niepokojące przesunięcie się długu w kierunku krótkiego, co, jak wiadomo, występuje zawsze przed kryzysem wypłacalności (ale nie musi go powodować). Od wielu lat marginalna produktywność długu jest ujemna - kolejny dolar zaciągnietej pożyczki powoduje wzrost PKB o znacznie mniej, niż dolar. Ogólnie system ledwo dyszy; niestety, w tym zzombifikowanym, półżywym stanie może trwać długo, znacznie dłużej, niż widzieliby to armagedoniści. Ale kierunek zmian jest jasny i niezmienny - sytuacja się pogarsza, i nie zmieniają tego krótkie odbicia na rynkach i przebłyski prosperity.
Zresztą, że złoto nie weszło jeszcze w fazę totalnej bańki, przyznają nawet autorzy artykułu - że aby osiągnąć szczyt z początku lat 80., po uwzględnieniu inflacji, musiałoby jeszcze praktycznie dwukrotnie zdrożeć. Czy niemożliwe jest jednak, że zdrożeje rzeczywiście dwukrotnie, w ciągu np. 10 lat, przy skumulowanej inflacji 50-100%? Możliwe, ba, prawie pewne. A jeśli inflacja w drugiej dekadzie XXI wieku wyniesie 500%? A jeśli USGov ogłosi niewyplacalność, święto bankowe, albo położy definitywnie dolara i dokona reformy monetarnej? Raczej nieprawdopodobne, ale jeśli przez parę lat będzie postępował rozkład w takim tempie, jak w latach 2008-2009, to będzie to niestety nieuniknione.
Złoto i srebro są instrumentami oszczędnościowymi i zabezpieczającymi. Jednymi z najlepszych długoterminowych instrumentów oszczędnościowych. Takimi, które przetrwają (co udowodniły tysiące razy w historii) każdą wojnę, kataklizm, zawieruchy polityczne, kryzysy bankowe, inflacje, deflacje, rewolucje, przewroty, oszustwa itd. Kupujesz srebro i złoto - śpisz spokojnie. Nie możesz się nastawiać na zostanie tym sposobem milionerem na emeryturze (chyba że odkładasz w ten sposób naprawdę duże sumy), ale z drugiej strony masz w kompletnie głębokim poważaniu zawirowania ekonomiczne i polityczne. No i nie musisz spędzać przy swej "inwestycji" mnóstwa czasu, martwiąc się, czy aby obligacje będą spłacane (Dubaj anyone?), czy prezes spółki akcyjnej nie przekręci kasy i nie ucieknie na Seszele, czy szef banku to czasami nie Madoff itd itp. Nie musisz co chwilę tasować swojego portfela, podążając spekulacyjnie za wahaniami koniunktury (kryzys CRE anyone?). Święty spokój - wartość sama w sobie, trudno dostępna, a tak w sumie niedroga w zakupie :)
CommodityOnline pisze o kilku przejawach rosnących obaw o pęknięcie "bańki na złocie": 1) tako rzecze (powstań) Nouriel Roubini (można usiąść), 2) tako rzecze Jon Nadler z KITCO (KITCO!), 3) tako rzecze Xiaolian, wiceprezes PBoC, 4) tak sobie też sami pokalkulowali i im wyszło. Chciałbym się odnieść do tych zarzutów.
Po pierwsze, nieszczęsny Roubini. Człowiek o ogromnym ego, rozpychający się w mediach, internecie, blogosferze, łokciami, cytowany, cytujący, polemizujący, ach! Co nam ma do powiedzenia ten harwardzki tuz keynesowskiej doktryny, dla którego żaden poziom deficytu budżetowego i długu narodowego nie jest zbyt wysoki? Otóż podobno złoto "nie ma żadnej wewnętrznej [intrinsic] wartości", zaś ci, którzy boją się ekonomicznego kataklizmu (chociaż wg pana N. takiego nie będzie, bo nie będzie ani depresji, ani inflacji, co zbliża go do innego tytana intelektu, swojskiego Kononowicza - "nic nie będzie"), powinni raczej "zainwestować" w puszki z jedzeniem, broń i chatę na odludziu.
W kwestii wewnętrznej wartości... hmm... wydawało mi się, że już na pierwszym roku ekonomii uczy się, że wartość wyznaczają potrzeby uczestników rynku i ich skłonność (oraz możliwość) do zakupu danych rzeczy, skontrastowana z ich podażą. Nie rozumiem, co pan N. ma na myśli, odmawiając złotu wartości. Nie przekonuje go ponad 6 tysięcy lat nieprzerwanie pierwszorzędnej pozycji złota wśród aktywów monetarnych? Nie przekonuje go fakt, że niezmiennie, z pokolenia na pokolenie, ze stulecia na stulecie, pożądane jest i gromadzone zarówno przez biednych chłopów, jak i królów i bankierów centralnych? Ba! toczone o nie są wojny, jest ono pilnie strzeżone, buduje się mu potężne skarbce, systemy monitoringu, zatrudnia armie ochroniarzy. I - powtórzę raz jeszcze - nie jest to przelotna moda, chyba że pana N. horyzont czasowy przy rozpatrywaniu gospodarki to miliony lat, a nie tysiące.
Co więcej, jeśli złoto miałoby nie mieć "wewnętrznej" wartości, to pytanie, co ją ma? Może Roubiniemu (czemu mi się jego nazwisko nieodparcie kojarzy z Houdinim?) chodzi o to, podobnie jak Buffettowi, że złoto nie płaci dywidendy? Może to i racja, ale z drugiej strony, powiedzmy sobie szczerze, jaką wewnętrzną wartość mają obligacje płacące dywidendę? Ano wartość nie mniejszą i nie większą, niż ta, jaką ma dający im podstawę pieniądz. A z wartością pieniądza jest jakoś tak dziwnie w naszych czasach, że nikt nie chce go trzymać przez dekady, bo jakoś tak wychodzi, że można stracić parę do 100% (Zimbabwe, Nourielu, kojarzysz? Gideon Gono? Hello! Republika Weimarska? Jugosławia? Reformy Balcerowicza? Ding ding ding!). Zgoda - są aktywa produktywne, dające z reguły znacznie większe zyski, ale są one zawsze związane z drastycznie większym osobistym zaangażowaniem i, dodatkowo, z reguły z drastycznie większym ryzykiem. Akcje, obligacje śmieciowe, TIPSy, derywaty, nieruchomości komercyjne, wszystko fajnie, ale nie jest to zabawa dla przeciętnego Kowalskiego, który na "inwestowanie" poświęca miesięcznie dwie godziny, nie ma doktoratu z ekonomii i żadnych znajomości w Fedzie czy innym NBP.
Nourielu, kiedy piszesz o zabezpieczeniu się przed armagedonem, zaprzestań! Przygotowywanie się do kryzysu przez zakup puszek i broni i przeniesienie się na odludzie to kręcenie sobie pętli na szyję. Puszki - ok, ale można mieć niejaki problem w kryzysie, żeby je wymienić na coś innego, kiedy już po 3 miesiącach znudzi nam się jedzenie mielonki i tuńczyka. Otworzysz, Nourielu, sklep barterowy w swojej chacie na odludziu? Get real. Broń - ok, ale po pierwsze, do tego potrzebne jest wyszkolenie, po drugie, jej użyteczność, gdy nie ma totalnego chaosu społecznego, jest raczej wątpliwa, po trzecie, kiedy już wystąpi chaos, i tak nic nie da, że kupiłeś sobie wcześniej Magnum. Masz zamiar stać na warcie 24 godziny na dobę, z noktowizorem i systemem monitorowania otoczenia domu? Taki z ciebie Rambo? Co, jak Pazura "zabijesz ich wszystkich"? Get real. Przestępcy, jeśli będą czegoś od ciebie chcieli - bo będziesz miał coś wartościowego albo zajdziesz im za skórę - to to dostaną, bez względu na to, jak mocno będziesz osobiście uzbrojony. Kupisz karabin snajperski? Przyjadą czołgiem. Kupisz RPG? Zrzucą ci na głowę granaty. Zbudujesz schron? Wynajmą saperów. Get the pattern? A już największym hitem jest budowanie chaty na uboczu. You could not make it up. Takie rzeczy to tylko w Erze i filmach kowbojskich. Widać, że, Nourielu, masz blade pojęcie o realnym przetrwaniu kryzysów społeczno-ekonomicznych i swoje rady udzielasz z wygodnego, ciepłego, klimatyzowanego domu gdzieś na przedmieściach, gdzie dowożą Ci pizzę i piwo, a ty sobie wesoło rozprawiasz i doradzasz innym, jak by tu można przetrwać armagedon. Tym, którzy jeszcze się nie złapali na twój haczyk (a mam nadzieję, że jest ich wielu), polecam przerzucenie się na bardziej realistyczne i autentyczne źródła takich informacji. Przede wszystkim zapispki FerFal'a z kryzysu argentyńskiego, spisane na jego blogu Surviving in Argentina. Dla niecierpliwych: tak, jednym z kluczowych elementów zabezpieczenia dobrobytu na okres kryzysu, jest posiadanie twardych aktywów monetarnych - złota i srebra, ale trochę twardej waluty też się przydaje - USD i/lub euro. Pytanie co będzie, gdy już na świecie nie będzie poważanych i twardych walut? Oczywiście w tym zakresie zabezpieczenia osobistego pozostanie nam wyłącznie złoto i srebro.
Drugi i trzeci uczestnik narzekania na złoto, Nadler z Kitco i Xiaolian z PBoC, trochę mi śmierdzą. Szczerze mówiąc, potrafię sobie wyobrazić taki scenariusz, że chcą oni zdołować kruszce, które rzeczywiście jakby troszeczkę za mocno ostatnio uciekały, po to, żeby ich jeszcze więcej nakupić. Niemożliwe? Kitco żyje z handlu i analiz odnośnie rynku złota - więc dla nich istotny jest obrót; może zaczął spadać, a po solidnej korekcie przewidują duży wzrost zakupów i pole do idealnego spinu?. Zaś PBoC - no cóż, powiedzmy sobie szczerze, ma taką ilość kapitału, że rynek złota dla nich to mały pikuś. Może po prostu w PBoC chcą się dalej sukcesywnie się okupywać w kruszec, nie wzbudzając reakcji obronnej rynku w postaci wykładniczo rosnącej ceny? Brzmi całkiem sensownie, biorąc pod uwagę, że chyba jednak na poważnie myślą o chociaż częściowej wyprzedaży papierów wystawionych przez Bena Szaloma i Turbo Timmyego i przeorientowaniu się na aktywa trochę stabilniejsze, których nie przybywa w tempie 50% rocznie i nie sprawiają wrażenia piramidy Ponzi'ego.
Ostatnia sprawa to to, co sobie pokalkulowali na własny rachunek w CommodityOnline. Śmieją się z tych, co wieszczą 2 albo 15 tys $ za uncję. No cóż, przed burzą zawsze jest spokój. Jestem pewien, że na początku XXI wieku też wielu w Zimbabwe by się śmiało na wizję kupowania chleba za stos tryliondolarowych banknotów. Oczywiście sam jestem daleki od tak alarmistycznych prognoz - a przynajmniej daleki od tego, żeby wieszczyć taki obrót spraw w ciągu kilku najbliższych lat, ale prawda jest taka, że po kryzysie nie jest posprzątane. Zadłużenie narasta na całym świecie. W USA jest niepokojące przesunięcie się długu w kierunku krótkiego, co, jak wiadomo, występuje zawsze przed kryzysem wypłacalności (ale nie musi go powodować). Od wielu lat marginalna produktywność długu jest ujemna - kolejny dolar zaciągnietej pożyczki powoduje wzrost PKB o znacznie mniej, niż dolar. Ogólnie system ledwo dyszy; niestety, w tym zzombifikowanym, półżywym stanie może trwać długo, znacznie dłużej, niż widzieliby to armagedoniści. Ale kierunek zmian jest jasny i niezmienny - sytuacja się pogarsza, i nie zmieniają tego krótkie odbicia na rynkach i przebłyski prosperity.
Zresztą, że złoto nie weszło jeszcze w fazę totalnej bańki, przyznają nawet autorzy artykułu - że aby osiągnąć szczyt z początku lat 80., po uwzględnieniu inflacji, musiałoby jeszcze praktycznie dwukrotnie zdrożeć. Czy niemożliwe jest jednak, że zdrożeje rzeczywiście dwukrotnie, w ciągu np. 10 lat, przy skumulowanej inflacji 50-100%? Możliwe, ba, prawie pewne. A jeśli inflacja w drugiej dekadzie XXI wieku wyniesie 500%? A jeśli USGov ogłosi niewyplacalność, święto bankowe, albo położy definitywnie dolara i dokona reformy monetarnej? Raczej nieprawdopodobne, ale jeśli przez parę lat będzie postępował rozkład w takim tempie, jak w latach 2008-2009, to będzie to niestety nieuniknione.
Złoto i srebro są instrumentami oszczędnościowymi i zabezpieczającymi. Jednymi z najlepszych długoterminowych instrumentów oszczędnościowych. Takimi, które przetrwają (co udowodniły tysiące razy w historii) każdą wojnę, kataklizm, zawieruchy polityczne, kryzysy bankowe, inflacje, deflacje, rewolucje, przewroty, oszustwa itd. Kupujesz srebro i złoto - śpisz spokojnie. Nie możesz się nastawiać na zostanie tym sposobem milionerem na emeryturze (chyba że odkładasz w ten sposób naprawdę duże sumy), ale z drugiej strony masz w kompletnie głębokim poważaniu zawirowania ekonomiczne i polityczne. No i nie musisz spędzać przy swej "inwestycji" mnóstwa czasu, martwiąc się, czy aby obligacje będą spłacane (Dubaj anyone?), czy prezes spółki akcyjnej nie przekręci kasy i nie ucieknie na Seszele, czy szef banku to czasami nie Madoff itd itp. Nie musisz co chwilę tasować swojego portfela, podążając spekulacyjnie za wahaniami koniunktury (kryzys CRE anyone?). Święty spokój - wartość sama w sobie, trudno dostępna, a tak w sumie niedroga w zakupie :)
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Wszystkiego najlepszego na Święta
Ciepłych, rodzinnych, bliskich Boga*, pełnych zrozumienia, spokoju i zadowolenia z mijającego roku Świąt życzy autor bloga. Do przeczytania za tydzień.
* jak ktoś nie lubi to może sobie zawsze zmienić na Architekta albo Dawkinsa :D
* jak ktoś nie lubi to może sobie zawsze zmienić na Architekta albo Dawkinsa :D
Etykiety:
Boże Narodzenie,
varia,
życzenia
piątek, 18 grudnia 2009
Auschwitz show
Ktoś ukradł znad bramy obozu w Oświęcimiu (nie)sławny napis "Arbeit Macht Frei". Media (szczególnie w Izraelu) pieją z tego tytułu o ataku wandalizmu, nazizmu, antysemityzmu, niemalże o wywołaniu wojny. Według mnie powód może być bardziej prozaiczny - bezrobocie nie takie małe, to i złomiarzy coraz więcej i desperacja coraz większa, sięgająca metod lekko niestosownych, jeśli nie obrazoburczych. Mniejsza o to.
Ciekawe natomiast, jaką serwilistyczną reakcję wywołało to u Donalda T. Powiedział on dziś, że "traktuje to [sprawę ukradzionego napisu] jako taki priorytet w tej chwili". No, Donald, nic to, że dolar znów prawie kosztuje prawie 3 PLN, że w budżecie czarna, coraz bardziej ziejąca dziura, że do wybudowania kupa dróg, autostrad, że atak zimy i cała Warszawa (i nie tylko) stoi sparaliżowana. Najważniejszym na świecie problemem jest teraz skradzione "Arbeit Macht Frei". Macki opadają.
Ciekawe natomiast, jaką serwilistyczną reakcję wywołało to u Donalda T. Powiedział on dziś, że "traktuje to [sprawę ukradzionego napisu] jako taki priorytet w tej chwili". No, Donald, nic to, że dolar znów prawie kosztuje prawie 3 PLN, że w budżecie czarna, coraz bardziej ziejąca dziura, że do wybudowania kupa dróg, autostrad, że atak zimy i cała Warszawa (i nie tylko) stoi sparaliżowana. Najważniejszym na świecie problemem jest teraz skradzione "Arbeit Macht Frei". Macki opadają.
Etykiety:
komedia,
polityka,
Tusk,
uberfilosemityzm
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Cytat na dziś
U Mike'a Konczal'a:
Fundusze hedgingowe i spekulanci powinni zbierać grosiki sprzed walca drogowego. Ten natomiast model spekulacji [inwestycje w nieruchomości] jest jak jazda walcem drogowym, który próbuje złapać królika uciekającego z naszymi groszami.
Etykiety:
cytaty,
inwestowanie,
spekulacja
piątek, 11 grudnia 2009
Kongres USA zatwierdził audyt ksiąg Fedu
A jednak zatwierdzili, z trudnością (232 do 202). Teraz jeszcze tylko Senat musi skrobnąć, ale powinno przejść. Oczywiście nie ma miodu bez dziegciu: audyt dopiero za dwa lata, a przy okazji masa świeżego socjalizmu - agencja nadzorująca kredyty konsumenckie, prawo antytrustowe, kolejne limity w parametrach działania instytucji finansowych (limit dźwigni), ale też np. bardzo oczekiwany antykorporatokratyczny ruch, jakim jest przyznanie akcjonariuszom prawa głosu n/t bonusów dyrektorów. Wow, właściciele zaczynają coś znaczyć. A republikanie oczywiście wszyscy przeciwko albo się wstrzymali. No to Helikopterowy Benek, Turbo Timmy & s-ka się pewnie podłamali. "NAM władzę zabieracie, NAM??".
Etykiety:
plus i minus,
prawodastwo,
przebłyski rozumu,
regulacje,
system monetarny,
usa
czwartek, 10 grudnia 2009
Świeży towar
Świeży towar na sprzedaż - na świstaku. Zapraszam do zakupów. Tym razem więcej, powinno starczyć na dłużej, niż 24h ;)
Bankierzy przygotowują się na zamieszki?
Od pewnego czasu krąży historia (której źródłem jest bodajże Bloomberg - Arming Goldman Sachs With Pistols), że wysoko postawieni managerowie różnych banków, szczególnie Goldman Sachs, wykazują ostatnio nadzwyczajny pośpiech w wyrabianiu sobie licencji (w NY takowe mieć trzeba) i zakupie broni palnej. Według "dobrze poinformowanych źródeł" góra liczy się z całkiem realnym prawdopodobieństwem wystąpienia krwawych zamieszek, łącznie z "polowaniem na czarownice", gdzie w roli czarownic tym razem będą oczywiście pracownicy GS - nie zupełnie bez winy.
Historia została ostatnio w jakimś stopniu zdementowana, ale PRowcy i managerzy Goldmana konsekwentnie odmawiają komentarza. Jak jest naprawdę pewnie się nie dowiemy, w każdym razie powstaje pytanie, czy oni wiedzą o czymś, o czym nie wiemy my? Że tegoroczna "mała stabilizacja" ma wątłe fundamenty i że USA, a jeszcze bardziej pewnie strefa euro mogą wrócić do ostrego kryzysu (bo żaden z systemowych problemów z kredytami nie został rozwiązany, a stworzono nowe - przez bailouty i głupie pompowanie), to chyba każdy ma na uwadze. Nie wydaje mi się jednak, żeby powrót do czegoś takiego, jak panika jesieni 2008 mogło od razu wywołać w USA krwawe rozruchy. Czy jest coś jeszcze, coś dużo większego, co jest skrzętnie ukrywane? A może ta historia to po prostu kolejna kaczka dziennikarska, taki spin potrzebny na okres wyciszenia newsów kryzysowych?
Historia została ostatnio w jakimś stopniu zdementowana, ale PRowcy i managerzy Goldmana konsekwentnie odmawiają komentarza. Jak jest naprawdę pewnie się nie dowiemy, w każdym razie powstaje pytanie, czy oni wiedzą o czymś, o czym nie wiemy my? Że tegoroczna "mała stabilizacja" ma wątłe fundamenty i że USA, a jeszcze bardziej pewnie strefa euro mogą wrócić do ostrego kryzysu (bo żaden z systemowych problemów z kredytami nie został rozwiązany, a stworzono nowe - przez bailouty i głupie pompowanie), to chyba każdy ma na uwadze. Nie wydaje mi się jednak, żeby powrót do czegoś takiego, jak panika jesieni 2008 mogło od razu wywołać w USA krwawe rozruchy. Czy jest coś jeszcze, coś dużo większego, co jest skrzętnie ukrywane? A może ta historia to po prostu kolejna kaczka dziennikarska, taki spin potrzebny na okres wyciszenia newsów kryzysowych?
Etykiety:
broń,
goldman sachs,
koniec świata,
kryzys,
teoria spiskowa,
zamieszki
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Austriacy widzą deflację
Na mises.org Frank Shostak pisze:

Skoro więc już nawet Austriakom wychodzi kontrakcja realna+nominalna, to może czas się przeprosić z "lollarem" i zacząć zastanawiać, czy aby najnowsza ekonomiczna passe-temps, dolarowy carry trade, nie załamie się szybciej, niż wszyscy myślą. A na taką okazję dobrze mieć trochę, albo wyczuć dobry moment na kupno, właśnie tych obrzydłych "lollarów".
Wszystkie te pakiety ratunkowe i dalsze pompowanie monetarne przez Fed stanowią złą nowinę dla procesu formowania bogactwa (...) kontrakcja w kredycie bankowym [z jaką mamy do czynienia] podnosi prawdopodobieństwo tego, że pula realnych oszczędności w istocie się kurczy. Bazując na tym uważamy, że zanim nie zostanie przywrócony proces ekspansji realnych oszczędności, banki bedą miały problem z prowadzeniem akcji kredytowej. Na skutek tego tempo wzrostu podaży pieniądza będzie pod poważną presją. Nie wróży to nic dobrego realnemu wzrostowi PKB. Jest oczywiście taka możliwość, że Fed będzie chciał rozpocząć tzw. scenariusz helikopterowy i pominąć system bankowy [w injekcji pieniądza w gospodarkę]. Takie jednak działanie spowodowałoby jeszcze większe osłabienie [realnej mocy produkcyjnej] i zmusiło Fed do szybkiej zmiany planów.Do tego mamy fajny obrazek, pokazujący ni mniej, ni więcej, tylko próbę resuscytacji amerykańskiej gospodarki za pomocą elektrowstrząsów monetarnych o niespotykanej dotychczas skali. Próbę, wydaje się, mało skuteczną:

Skoro więc już nawet Austriakom wychodzi kontrakcja realna+nominalna, to może czas się przeprosić z "lollarem" i zacząć zastanawiać, czy aby najnowsza ekonomiczna passe-temps, dolarowy carry trade, nie załamie się szybciej, niż wszyscy myślą. A na taką okazję dobrze mieć trochę, albo wyczuć dobry moment na kupno, właśnie tych obrzydłych "lollarów".
piątek, 4 grudnia 2009
Jak bardzo niedoszacowane jest złoto?
Poza rozważaniami o zamorskich rekinach biznesu moją głowę zajęło dziś pytanie: jak bardzo niedoszacowane jest teraz złoto w stosunku do czasów, gdy było powszechnym środkiem płatniczym? Adam Duda na swym blogu przedstawił ostatnio dość powszechnie znaną w kręgach gold-bugowych metodę szacowania "fundamentalnej" wartości złota, z której wynika, że gdyby jego wartość wzrosła pięciokrotnie, to świat powróciłby do jakiejś tam równowagi w handlu międzynarodowym, a USA mogłoby teoretycznie spróbować wrócić na ścieżkę pokrycia pieniądza kruszcem.
Żeby wyrobić sobie o tym zdanie, sięgnąłem do danych historycznych dla naszego kraju. Okresem największej stabilności międzynarodowego systemu pieniądza opartego na złocie były okolice roku 1900; tak się dobrze składa, że panowała wtedy fantastyczna koniunktura w Wiedniu, który kwitł nie tylko jako jedna z europejskich potęg handlu i gospodarki, ale też jako de facto jedyna potęga w zakresie wielu nauk i kultury - filozofii, muzyki, literatury, ekonomii (nasza ulubiona Szkoła Austriacka!) - słowem, wiadomo, najświetniejsze lata miasta i Cesarstwa. W owym okresie w blasku wiedeńskiej prosperity wygrzewały się prowincje, jedną z których była część dzisiejszej Polski. Poszukałem więc - i szybko znalazłem - dane dotyczące stosunków wartości na naszych ziemiach pod zaborem austriackim, które to, z racji stabilności warunków polityczno-gospodarczych, myślę, że w pewnym zakresie można porównywać do danych współczesnych.
Wspaniałym źródłem wiedzy są zapiski Jana Słomki cytowane tutaj, gdzie możemy przeczytać o cenach panujących wówczas na tych ziemiach:
Żeby wyrobić sobie o tym zdanie, sięgnąłem do danych historycznych dla naszego kraju. Okresem największej stabilności międzynarodowego systemu pieniądza opartego na złocie były okolice roku 1900; tak się dobrze składa, że panowała wtedy fantastyczna koniunktura w Wiedniu, który kwitł nie tylko jako jedna z europejskich potęg handlu i gospodarki, ale też jako de facto jedyna potęga w zakresie wielu nauk i kultury - filozofii, muzyki, literatury, ekonomii (nasza ulubiona Szkoła Austriacka!) - słowem, wiadomo, najświetniejsze lata miasta i Cesarstwa. W owym okresie w blasku wiedeńskiej prosperity wygrzewały się prowincje, jedną z których była część dzisiejszej Polski. Poszukałem więc - i szybko znalazłem - dane dotyczące stosunków wartości na naszych ziemiach pod zaborem austriackim, które to, z racji stabilności warunków polityczno-gospodarczych, myślę, że w pewnym zakresie można porównywać do danych współczesnych.
Wspaniałym źródłem wiedzy są zapiski Jana Słomki cytowane tutaj, gdzie możemy przeczytać o cenach panujących wówczas na tych ziemiach:
- w roku 1899 roczny czynsz za "wielki jak na tamte czasy" sklep w Tarnobrzegu wynosił 1000 koron = 9,335 uncji złota (wg definicji korony) = 29870 dzisiejszych zł (wg kursu USDPLN na zamknięciu fx i kursu XAUUSD na zamknięciu NYMEXu) = niecałe 2500 zł/mc; mocno wątpię, żeby dziś dało się wynająć w Tarnobrzegu czy w ogóle jakimś mieście o statusie wyższym, niż powiat, pomieszczenie na "wielki sklep" za 5*2500 = 12500 zł/mc
- w roku 1900 koszt wybudowania "od podstaw" cegielni gminnej wyniósł 8000 koron = 74,68 oz Au = niecałe 239 tys zł. Sądzę, że za pięciokrotność tej sumy - 1,2 mln zł dałoby się dzisiaj wybudować skromny zakład tego typu; nie wiadomo, czy w tą cenę wchodziły maszyny, bo jeśli tak, to nie ma szans na zrobienie tego za 1,2 mln.
- "po roku 1895" morga gruntu rolnego (przeciętnego?) kosztowała w okolicach Dzikowa 3000 koron = 28 oz Au = 89 tys zł (sic!). Ówczesna morga w tamtych okolicach to niewiele powyżej pół hektara. Błąd w danych Słomki, czy bańka nieruchomościowa, o jakiej się nawet nie śniło naszym rolnikom?
- "przed rokiem 1911" roczny dochód rzeźni gminnej wynosił 900 koron = 8,4 oz Au = 26800 zł = 2233 zł/mc. Przyjmując "współczynnik 5" dostajemy ponad 11 tysięcy miesięcznie. Nie wiem, jakie są aktualnie realia w przemyśle mięsnym (coś kojarzę, że kiepściutko), ale kwota taka wydaje się całkiem przyzwoita jak na dochód wymagającego małych kwalifikacji przedsiębiorstwa na skalę gminną. Nie wiadomo też, czy jest to dochód netto, czy brutto, czy uwzględnia kredyty, amortyzacje majątku itd itp - ale mimo wszystko wydaje się, z punktu widzenia naszych czasów, nie najgorszy jak na masarnię w Dzikowie.
- w roku 1911 wójt Dzikowa zarabiał rocznie 240 koron = 2,24 oz Au = ok. 7200 zł = ok. 600 zł/mc. "Współczynnik 5" daje nam 3000 zł/mc - kwota, jakiej byśmy oczekiwali, może trochę zaniżona, ale raczej nie dużo (Adam Duda na pewno potrafi to ocenić bo z tego, co kojarzę, ma/miał kontakt z księgowością w gminach)
- zastępca wójta w roku 1911 zarabiał jednak rocznie tylko 75 koron, co daje zaledwie 0,7 oz Au (sic!) = 2240 zł = 187 zł/mc. "Współczynnik 5" pokazuje 935 zł, kwota zdecydowanie zbyt mała, żeby jakoś sensownie żyć nawet w takim Dzikowie, a już na pewno za mała jak na zastępcę wójta
- policjant mundurowy zarabiał natomiast w roku 1911 aż 670 koron = 6,25 oz Au = 20 tys zł = 1700 zł/mc, po pomnożeniu przez 5 wychodzi 8500 zł - kwota wydaje mi się będąca dziś odległym marzeniem dla typowego "mundurowego" w mniejszym mieście
Etykiety:
ceny,
historia,
liczby,
standard złota
Uparciuszki expaty
Śnili mi się uparci emigranci. Expaty znaczy.
Takie expaty mi się śniły, co to za granicą milijony trzepią. Co to polot i wizję biznesu mają. A do tego niepodważalna pewność swego modelu biznesowego, że kto taniej sprzedaje - bez marży sprzedaje. I że każdy kto chciał kiedyś od nich rabat uzyskać, albo żeby z marży swej zeszli, obrazy najwyższego kapitalistycznego majestatu, boga ich, Mammona, w Świątyni Marży zasiadającego, się dopuścił, co rzeczą jest przenajgorszą, gorzej, jak by im matkę do tureckich ladacznic przyrównać. Takie osobniki stojące w poprzek prowizji to "kretyni" jednym słowem, "skażeni komunizmem" bez dwóch zdań, psy ogrodnika, kreatury od zdechłej wszy gorsze.
Całe szczęście, że na ten przykład pojechali sobie niektórzy za Wielką Wodę, nas biednych tu polaczków w naszej biednej polandii (z małej koniecznie litery, bo kraj jak expaty uwznioślone rychło zrozumiały, zaściankowy,katolicki, aj-aj, nie, Katoland!, zapyziały, moherowy, zacofany, średniowieczny, fundamentalistyczny, ach, szkoda gadać, Panowie i Panie!) dostawami szlachetnych metali ratować, co by nam łaskawie nieba przychylić, oraz od pewnego bankructwa i upadku gospodarczego, a kto wie, może i moralnego (w końcu żeśmy chyba wszyscy "skażeni komunzimem") uratować. Ach, kochani expaci. Co byśmy my bez was poradzili? Chyba byśmy musieli sobie zrobić srebrne sztabki z wungla ze ślunska (koniecznie z małej litery! z wielkiej to można Schlesien pisać, lub od biedy Silesia), bo innej możliwości nie widzę.
Expaty są też mądre "w prawie". To przecież oczywiste, bo jak by mądre nie były, to by nie wyjechały i się za granicą nie wybiły, tylko razem tu z nami w polandzie nędzną i szarąegzystencję wegetację wiodły, nawzajem się błotem obrzucając w naszym niskim i upadłym Katolandzie, kłóciły o marże, kto komu co dostarcza, i te pe. A więc mądre są expaty "w prawie", bo znają Ustawy o nieuczciwym tym i owym i wiedzą, że jakaś byle bida z byle polandu-Katolandu w kaszę im, ho-ho, nadmuchać nie może. No bo jak to? Że po internetowym przezwisku się zwraca? No to gorzej, jak by ojca od pastucha świń zwymyślał! A że byle bida z byle p-K roi sobie w swym małym i nieuczonym móżdżku, że prawdę obiektywną pisze co do tego, kto taniej coś sprzedawać chce, to już wywrócenie nie dość, że Świętego Tabu Marży i Nieskalanego Kapitalizmu, to do tego drugiego na drabinie ważności tabu, którym jest Święte Tabu Nieomylności Kapłana Marży!
A przecież te nasze expaty to są anioły, a nie jakieś pijawki kapitalistyczne. Bez marży (no, prawie...) one same sprzedają, no niemalże sobie chleb od ust ujmują by nas tu, bidę z p-K błyskiem metali uraczyć. I po co to wszystko? Po co się z tym szarpią, z konkurencyją nieuczciwą boksują (nieuczciwą, nieetyczną, chamską, niemoralną, upadłą, ograniczoną, ciemnogrodzką, katolandzką, moherową, tępą), nawet Ustawy przywoływać muszą? Nie wychodzi mi inaczej, niż z miłości! Tak, z miłości, z miłości do tej naszej bidy katolandzkiej, przaśnej, z litości do nas, ze szczerego serca z którego najwyższa mądrość co do nieskalaności Świętego Tabu Marży płynie. Uczmy się od nich, bo wyjechawszy za Wielką Wodę mądrzejsi od nas być musieli już wtedy, gdy wyjeżdżali, a od tego czasu - ho, ho...
Tylko jedno mi nie pasuje - czemu te expaty nasze kochane tak się litują nad nami, szaraczkami i nieba nam przychylają, skoro wiedzą, że nasza p-K ojczyzna (koniecznie z małej litery!) za ich życia krajem cywilizowanym nie będzie? No ale nie mnie tu dumać, jak bym znał odpowiedzi na takie zagadki to na pewno bym nie siedział w tym p-K domu wariatów, tylko mądrym, wyszczekanym i czczącym Święte Tabu Marży expatem za Wielką Wodą został.
Dziwne mam sny o tych expatach. Czy takie oryginały naprawdę chodzą po ziemi wódą i paciorkiem od Indian wyhandlowanej? (Co by nota bene tłumaczyło ich kult Świętej Marży, którym bez wątpienia człowiek nasiąka już po minucie od dostąpienia najwyższego zaszczytu, jakim jest zstąpienie na glebę tej krainy mlekiem imarżą, oops, miodem, płynącej). Jeśli są tacy, jakich opisałem, to przytulam ich bardzo mocno zza oceanu i życzę udanej obrony na szańcach Świętej Marży i innych bożków kapitalistycznych. A o biznes się nie ma co martwić, bo rynek szeroki, głęboki, i zarówno wyszczekanych expatów zza Wielkiej Wody utrzyma, jak i być może (drżę, ach drżę o to!) moherowych podludzi z Katolandu.
Takie expaty mi się śniły, co to za granicą milijony trzepią. Co to polot i wizję biznesu mają. A do tego niepodważalna pewność swego modelu biznesowego, że kto taniej sprzedaje - bez marży sprzedaje. I że każdy kto chciał kiedyś od nich rabat uzyskać, albo żeby z marży swej zeszli, obrazy najwyższego kapitalistycznego majestatu, boga ich, Mammona, w Świątyni Marży zasiadającego, się dopuścił, co rzeczą jest przenajgorszą, gorzej, jak by im matkę do tureckich ladacznic przyrównać. Takie osobniki stojące w poprzek prowizji to "kretyni" jednym słowem, "skażeni komunizmem" bez dwóch zdań, psy ogrodnika, kreatury od zdechłej wszy gorsze.
Całe szczęście, że na ten przykład pojechali sobie niektórzy za Wielką Wodę, nas biednych tu polaczków w naszej biednej polandii (z małej koniecznie litery, bo kraj jak expaty uwznioślone rychło zrozumiały, zaściankowy,
Expaty są też mądre "w prawie". To przecież oczywiste, bo jak by mądre nie były, to by nie wyjechały i się za granicą nie wybiły, tylko razem tu z nami w polandzie nędzną i szarą
A przecież te nasze expaty to są anioły, a nie jakieś pijawki kapitalistyczne. Bez marży (no, prawie...) one same sprzedają, no niemalże sobie chleb od ust ujmują by nas tu, bidę z p-K błyskiem metali uraczyć. I po co to wszystko? Po co się z tym szarpią, z konkurencyją nieuczciwą boksują (nieuczciwą, nieetyczną, chamską, niemoralną, upadłą, ograniczoną, ciemnogrodzką, katolandzką, moherową, tępą), nawet Ustawy przywoływać muszą? Nie wychodzi mi inaczej, niż z miłości! Tak, z miłości, z miłości do tej naszej bidy katolandzkiej, przaśnej, z litości do nas, ze szczerego serca z którego najwyższa mądrość co do nieskalaności Świętego Tabu Marży płynie. Uczmy się od nich, bo wyjechawszy za Wielką Wodę mądrzejsi od nas być musieli już wtedy, gdy wyjeżdżali, a od tego czasu - ho, ho...
Tylko jedno mi nie pasuje - czemu te expaty nasze kochane tak się litują nad nami, szaraczkami i nieba nam przychylają, skoro wiedzą, że nasza p-K ojczyzna (koniecznie z małej litery!) za ich życia krajem cywilizowanym nie będzie? No ale nie mnie tu dumać, jak bym znał odpowiedzi na takie zagadki to na pewno bym nie siedział w tym p-K domu wariatów, tylko mądrym, wyszczekanym i czczącym Święte Tabu Marży expatem za Wielką Wodą został.
Dziwne mam sny o tych expatach. Czy takie oryginały naprawdę chodzą po ziemi wódą i paciorkiem od Indian wyhandlowanej? (Co by nota bene tłumaczyło ich kult Świętej Marży, którym bez wątpienia człowiek nasiąka już po minucie od dostąpienia najwyższego zaszczytu, jakim jest zstąpienie na glebę tej krainy mlekiem i
Etykiety:
miłość,
papka,
polemika,
sny,
take that beotch
Dziękuję za pomoc
Jako nieopierzony handlarz chciałem Wam złożyć serdeczne podziękowania za wszelkie sugestie, uwagi (również, a może przede wszystkim te krytyczne), podpowiedzi i kierowawnie na właściwe ścieżki w kwestii organizacji biznesu. W szczególności za naprowadzenie na walutomat (soquel), uwagi o kosztach przesyłki i paczkach kurierskich (Kane) oraz reality check odnośnie cen złota (Marcin). Robicie super robotę, za którą normalnie płaci się doradcom :) Mam nadzieję, że kontynuując prowadzenie bloga uda mi się spłacić zaciągnięty dług. A jak chcecie mieć "thank you" w formie metalowej, dajcie znać na panika2008@o2.pl, [autocenzura]
Etykiety:
blogging,
handel,
podziękowania,
praktyka
środa, 2 grudnia 2009
Stuff na sprzedaż
Zapraszam na zakupy, srebro i złoto inwestycyjne świeżo wystawione na allegro.
Nasza dewiza to [autocenzura]
Na razie skromnie, skromnie, ale dużo większe dostawy w drodze.
PS. Nie wiecie, gdzie można otworzyć tanią linię kredytową w EUR lub USD? Kredyt handlowy? Nie to, żeby mi brakowało gotówki, ale mam duże plany :)
[autocenzura]
Nasza dewiza to [autocenzura]
Na razie skromnie, skromnie, ale dużo większe dostawy w drodze.
PS. Nie wiecie, gdzie można otworzyć tanią linię kredytową w EUR lub USD? Kredyt handlowy? Nie to, żeby mi brakowało gotówki, ale mam duże plany :)
[autocenzura]
Przespałem zimę
Budzę się dziś i stwierdzam, że chyba to już 1 kwietnia, bowiem takie coś czytam:
Korea Północna przeprowadziła zdecydowane uderzenie przeciwko inflacji i tym elementom czarnego rynku, których nie kontroluje – obcięła dwa zera na swoich banknotach. To największa reforma walutowa w tym kraju od 17 lat.Buahahahahahhahahaha. Czekam teraz na doniesienie np. o tym, jak to rząd Mozambiku skutecznie walczy z AIDS za pomocą sprowadzonych z Zanzibaru czarodziei, albo rząd Rosji skutecznie przeciwstawia się fali pijaństwa za pomocą zadekretowania, że od jutra wódka nie nazywa się "wódka", tylko "nie kupuj mnie".
Etykiety:
cyrk,
inflacja,
komedia,
Korea Północna,
papka
wtorek, 1 grudnia 2009
Pustki na bis
Pieprzyć ekonomię, kryzys, deflację, inflację, fiat money, gold, silver, cebulki tulipanów, nieruchomości, Shaloma Bernankiego, Dimona, Mozilliego... Pustki 4ever!!!
A tak serio, to kawałek jest FANTASTYCZNY i jeśli go jeszcze nie znacie, to nie wiecie, że należy pieprzyć ekonomię, kryzys, deflację itd.
Cała prawda
Pustki mnie ostatnio wożą :)
Nowy rok wiosna będzie od nowa
znów stawiamy kruchy domek z kart
może teraz uda sie (...)
Nowy rok i jesień,
komputery znów zawieszą się i będzie krach
spadnie wszystko
spadnie wszytko jeszcze raz
PS. Złoto wreszcie zmęczyło poziom 1200$ :)
Sentyment wobec złota
Wydaje się, że historia z wściekle rosnącą ceną złota zatacza szerokie kręgi i sentyment staje się coraz bardziej negatywny. Można to zobaczyć np. na sondzie w onecie:

Nic dziwnego, jak ktoś widzi takie wykresy:


To się może zacząć czuć nieswojo, tak jak w wakacje 2008, gdy ropą handlowali po 147$ za baryłkę.
Tłum z reguły nie ma racji. Tłum powinien (hahaha!) sobie uzmysłowić, że wszystko jest relatywne:

No dobrze, powie niewierny Tomasz, ale spójrzmy na tej samej, 5-letniej skali, co to za ściema że tylko 2 lata ostatnie? Proszę:

"Ha! Mówiłem! Bańka jak nic, panie, sprzedawaj pan zanim p*dolnie, bo potem pan zostaniesz jak ci w Holandii, z niczym".
Co ja na to? Oczywiście to:

Bańka? Może i tak. Jeśli tak uważacie, chętnie pomogę Wam zrealizować zyski na Waszym złocie, skupuję wszystko (sztabki i powszechnie znane monety) za gotówkę po londyńskiej cenie spot, dołożę nawet procenta albo dwa w przypadku drobnicy. Maile piszcie na panika2008@o2.pl

Nic dziwnego, jak ktoś widzi takie wykresy:
To się może zacząć czuć nieswojo, tak jak w wakacje 2008, gdy ropą handlowali po 147$ za baryłkę.
Tłum z reguły nie ma racji. Tłum powinien (hahaha!) sobie uzmysłowić, że wszystko jest relatywne:

No dobrze, powie niewierny Tomasz, ale spójrzmy na tej samej, 5-letniej skali, co to za ściema że tylko 2 lata ostatnie? Proszę:

"Ha! Mówiłem! Bańka jak nic, panie, sprzedawaj pan zanim p*dolnie, bo potem pan zostaniesz jak ci w Holandii, z niczym".
Co ja na to? Oczywiście to:

Bańka? Może i tak. Jeśli tak uważacie, chętnie pomogę Wam zrealizować zyski na Waszym złocie, skupuję wszystko (sztabki i powszechnie znane monety) za gotówkę po londyńskiej cenie spot, dołożę nawet procenta albo dwa w przypadku drobnicy. Maile piszcie na panika2008@o2.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)